Zaczepiony na Twiterze o dywersyfikację postanowiłem odpowiedzieć 😊. Każdy, kto choć trochę interesuje się inwestowaniem, prędzej czy później usłyszy maksymę: "Nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka". To właśnie esencja dywersyfikacji – koncepcji, która dla części inwestorów będzie wręcz kamieniem węgielnym udanych inwestycji, a dla innych – zbędnym ograniczeniem. Warren Buffett i Charlie Munger mówili wręcz, że dywersyfikacja jest ochroną przed ignorancją i ma sens tylko wtedy, gdy inwestorzy nie rozumieją, co robią. Z kolei Ray Dalio uważa, że nie warto stawiać na jednego konia a rozsądna dywersyfikacja to jedyny darmowy lunch w inwestowania. W pewien sposób wspiera go Howard Marks, który zauważa, że co prawda dywersyfikacja zmniejsza szansę na spektakularne zyski, ale jeszcze w większym stopniu ogranicza ryzyku spektakularnej wtopy. Dziś spróbuję odpowiedzieć na pytanie „Jak jest naprawdę”. I tutaj pada moje ulubione stwierdzenie, za które część osób chciałaby mnie zastrzelić, czyli „TO ZALEŻY” 😊.
Najprościej mówiąc, dywersyfikacja to proces rozkładania kapitału pomiędzy różne aktywa, sektory czy obszary geograficzne w celu zmniejszenia ryzyka. Najczęściej na rynku jest tak, że nie wszystkie inwestycje zachowują się tak samo – gdy jedne tracą na wartości, inne mogą rosnąć, pomagając zrównoważyć ogólne wahania wartości portfela. Celem jest osiągnięcie niższego poziomu ryzyka przy zachowaniu potencjału wzrostu. Wiele więcej o specyfice dywersyfikacji ogólnej tutaj nie będzie. Zakładam, że osoby czytające ten newsletter wiedzą o giełdzie całkiem sporo, więc nie ma sensu powtarzać ogólnych prawd. Zresztą można je znaleźć w czeluściach internetu. Jeszcze kilka zdań na temat plusów i minusów dywersyfikacji, a potem już samo mięso.
Ogólne plusy dywersyfikacji to redukcja ryzyka specyficznego dla jednego aktywa (czy wręcz akcji jednej konkretnej firmy), wygładzenie zmienności portfela, zwiększenie szansy na tzw. złoty strzał czy multibaggera, możliwość wykorzystania cykliczności branż czy ich popularności. Najważniejszym jest, przynajmniej dla mnie, to po prostu spokojniejszy sen, co pozwala łatwiej wytrwać na rynku przez wiele lat różnego rodzaju zawieruchy i załamania. Zwłaszcza na takim rynku jak warszawska giełda, która w ostatnich 15 latach (poza okresem 2023-2025) niespecjalnie dała powody, aby zakładać, że niezależnie od wszystkiego długoterminowy trend będzie mocno wzrostowy.
Nie ma róży bez kolców, co oznacza, że za spokój ducha trzeba zapłacić. Minusy to przede wszystkim ryzyko zbliżenia się do średniej osiąganej na danym rynku. Jeśli średnia to po co w ogóle poświęcać czas na szukanie i analizowanie, może lepiej kupić ETF? Po drugie dywersyfikacja powoduje trudności w zarządzaniu portfelem choćby związane z monitorowaniem np. kilkunastu firm czy różnych klas aktywów. To poświęcony czas, ale również konieczna wiedza i chłodna ocena napływających informacji. Spokojny sen może być także pewnym złudzeniem w momencie, gdy jest krach giełdowy (covid czy wojna w Ukrainie to dobre przykłady) gdzie akcje w zasadzie prawie wszystkich spółek spadały wtedy znacznie. Dywersyfikacja to również kwestia wyższych kosztów prowizyjnych i opłat, choć w czasach obecnych nie wydaje się to już być zagadnieniem nie do przeskoczenia, o ile nasz portfel ma przynajmniej wysokie kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jeśli jednak mamy 5 tys. złotych do zainwestowania i chcemy podzielić je na 10 różnych pozycji, to zalecałbym dokładne wczytanie się w minimalne prowizje, aby nie być później zaskoczonym.
Na bazie moich doświadczeń, a także mojej psychiki zbudowałem swoje, własne autorskie podejście do dywersyfikacji w zależności od tego jakie aktywa posiadamy i w jakim stopniu jesteśmy je w stanie wykorzystać. Oczywiście jest to tylko moje podejście i nie twierdzę, że dla Was będzie dobre. Każdy z nas jest inny i każdy zapewne ma inną strategię inwestycyjną. Przy okazji zaznaczam, że w dalszej części wpisu słowo „dywersyfikacja” będę używał zamiennie z „liczba spółek w portfelu”.
Ja podzieliłem swoje aktywa na 4, konkretnie: pieniądze, wiedzę, czas oraz psychologię. Każdym z nich mogę w jakiś sposób zarządzać i starać się te aktywa wykorzystywać najlepiej jak potrafię. A przez zarządzanie rozumiem także podejście do dywersyfikacji, które przedstawiam na slajdzie poniżej.
Jak należy to czytać w praktyce? Dywersyfikację należy dostosować do aktywów, które mamy. Jeśli nasz portfel jest relatywnie niewielki (np. kilka czy kilkanaście tysięcy złotych) to nie rozbijajmy jego na akcje kilkunastu spółek. W takim wypadku same prowizje transakcyjne (zwłaszcza przy inwestowaniu na rynkach zagranicznych) mogą skonsumować nam sporą część zysków. Im portfel ma większą wartość tym najczęściej będzie w nim jednak większa liczba podmiotów. Ile powinno być to sprawa indywidualna, która powinna był łączona choćby z psychiką i odpornością na wahania w portfelu Za chwilę pokaże jednak pewne badania, które dają wskazówki także w tym temacie.
Kolejne moje aktywo to czas. Aktywo bardzo cenne, ponieważ to dobro jest ograniczone – jak wiemy doba ma 24h. Tutaj przyjmuję prostą zasadę. Jeśli na inwestowanie mamy mało czasu, ponieważ praca na etacie i dodatkowe obowiązki (rodzina czy inne hobby) nas pochłaniają to raczej rozważmy mniejszą liczbę spółek. W innym wypadku nie będziemy w stanie ich śledzić i nie będziemy wiedzieć jak performują w rzeczywistości. I odwrotnie, gdy mamy więcej czasu i giełda to nasze główne zajęcie w życiu to możemy poświęcić więcej czasu na analizy, doskonalenie własnego warsztatu inwestycyjnego oraz monitoring spółek. A to oznacza, że podmiotów w portfelu może być więcej.
Jeśli dysponujemy nikłą wiedzą na temat czy to naszej strategii czy poszczególnych spółek to raczej rozszerzmy dywersyfikację. Ona powinna nas trochę obronić przed nieprawidłową oceną konkretnych zdarzeń. Buffett i Munger zapewne tutaj by złośliwie zauważyli, że to inwestorzy ignoranci, no ale kto jest bez wad 😉? Natomiast jeśli znamy spółki i rynek bardzo dobrze oraz wiemy o nich więcej niż zarządy (no dobra trochę przesadziłem) to możemy mieć ich mniej w portfelu. Powinniśmy być w stanie lepiej odczytywać sygnały rynkowe płynące z branży. A może wręcz okresy paniki na konkretnym aktywie wykorzystywać do jego akumulacji?
Podobna sprawa z ostatnim naszym aktywem, czyli psychiką. Jeśli bardziej preferujemy spokój i unikanie ryzyka to zapewne szersza dywersyfikacja będzie dla nas lepsza. Jeśli natomiast ryzyko to nasze drugie imię, a kasyno to nasza trzecia miłość to wtedy wykorzystajmy tę siłę i ograniczmy dywersyfikację. Pamiętajmy jednak, że ryzyko i zysk idą w parze, ale nie oznacza to, że przy większym ryzyku zawsze będzie większy zysk. Większe ryzyko to też możliwa większa strata.
W moim konkretnym wypadku analiza moich aktywów mówi mi: więcej, więcej, mniej i mniej, Czyli w sumie remis i nie wiadomo czy wybrać większą dywersyfikację czy mniejszą😉. Niektóre aktywa będą dawać sprzeczne sygnały. Skoro mam dość dużą wiedzę na temat konkretnych spółek (trochę się chwalę, ale trudno) to mogę ich mieć mniej w portfelu. Wiem o nich dużo, zapewne będę w stanie odczytać czy dane zawirowania cenowe to tylko ogólna korekta, czy jednak w spółce dzieje się coś złego w biznesie w dłuższym okresie czasu. No ale z drugiej strony, skoro mogę poświęcić dość dużo czasu (w końcu to mój zawód) to mogę mieć w portfelu dość dużo podmiotów, ponieważ będę w stanie je monitorować i analizować. To pokazuje, ze taka analiza także nie musi prowadzić do jednoznacznych wniosków. Dla mnie jest jednak ciekawa i dlatego ją Wam prezentuję.
Ile spółek w portfelu? I Znowu pada tutaj odpowiedź „to zależy”. Powinna to być odpowiednia ilość w stosunku do własnej strategii i psychiki, skuteczności strategii, możliwego zaangażowania czasowego, korelacji i dywersyfikacji oraz zmienności instrumentów. To oczywiście mowa-trawa, która wiele nie wnosi. Jest wiele badań odnoszących się do liczby pozycji w portfelu. Tutaj wnioski z jednego z ciekawych artykułów z bloga cfainstitute. Zachęcam do zapoznania się z całym wpisem, nie jest on długi, a w moim odczuciu dość ciekawy. Został opublikowany w 2021 roku, a wyniki bazują na danych z 15 letniego okresu 2005-2020.
Średni portfel złożony z dziesięciu dużych spółek ma zmienność (rozumianą w uproszczeniu jako odchylenie standardowe) 20%. Jeśli powiększymy go do 40 podmiotów (czyli 4 krotnie zwiększymy liczbę) to zmienność spadnie, ale tylko do 17%, czyli o 3 p.p. To dość niewiele, a mamy do obserwacji 4 razy tyle spółek.
Przy mniejszych spółkach, które są zazwyczaj bardziej ryzykowne więc i zmienne mamy trochę inne wyniki. Powiększenie portfela z 10 do 40 podmiotów spowoduje spadek zmienności z 32 do 25%, czyli o 7 p.p. Na wykresie więc mniej więcej widać, że ryzykownym może być posiadanie małych kilku (przyjmijmy do 4) spółek w portfelu, ale im dalej w las tym mniejsza redukcja zmienności. Po co zresztą posiadać w portfelu 40 spółek – nie lepiej wtedy kupić jakiś indeks? Poprosiłem ChatGPT o ładny wykres ilustrujący powyższy artykuł i otrzymałem coś takiego.
Jest to wizualne porównanie liczby akcji kontra ryzyko/zwrot. Linia zielona pokazuje spadek ryzyka dzięki dywersyfikacji. Logika tutaj jest dość prosta i naturalna - dodawanie kolejnych akcji obniża ryzyko portfela. Przerywana linia czerwona z kolei obrazuje spadek możliwości wygenerowania ponadprzeciętnych zysków - pożądanej przez chyba wszystkich inwestorów tzw. "alfy". Im więcej akcji (lub innych aktywów) będziemy posiadać w portfelu, tym bardziej będzie on przypominał indeks. To zaś oznacza, ze w takim wypadu wynik mocno zdywersyfikowanego portfela będzie dążył do pewnej średniej rynkowej, za jaką należy uznać indeks. Proszę nie skupiać się na dwóch szarych pionowych liniach przy 15 i 26. Pokazują one optymalną liczbę spółek wg powyższego badania: 15 dla dużych spółek (large cap) , 26 dla portfeli ze spółkami małymi i średnimi(small/medium cap). Nie zamierzam tutaj wchodzić w dyskusję czy liczby te są prawidłowe. Na pewno dużo zależy od strategii, ale także (moi zdaniem) od aktywów jakie posiadamy, o których pisałem powyżej. Jak widać z powyższego wykresów oraz badań to w wypadku dużych spółek ich dwucyfrowa liczba w naszym portfelu nie musi istotnie redukować statystycznej zmienności. Podobnie jest zresztą w wypadku spółek mniejszych, choć tutaj odchylenie standardowe pozostaje na wyższym poziomie, co jest dość naturalne. Wniosek nasuwa się dość jasny i niespecjalnie odkrywczy. Nadmierna dywersyfikacja może obniżyć ryzyko, ale także ograniczyć potencjalny zysk.
W zasadzie już kończąc przypomnę o czymś takim jak korelacja różnych aktywów lub ich odwrotna korelacja. Podam kilka dość znanych przykładów, ale myślę, że można samemu tutaj przeprowadzać ciekawe badania. Nie zapominajmy także o tzw. pozornej korelacji. To, że dwa instrumenty są ze sobą skorelowane nie oznacza, że spadek jednego wywołuje spadek drugiego. Czytałem gdzieś kiedyś, że podobno historycznie istniał dość silny związek pomiędzy zmianami cen masła bodajże w Bangladeszu i wynikami indeksu S&P 500. Osobiście niespecjalnie obstawiałbym tutaj związek przyczynowo - skutkowy, choć przecież korelację dałoby się matematycznie udowodnić. Cały czas trzeba pamiętać, że współczynnik korelacji mówi tylko o związku statystycznym, a nie przyczynowo-skutkowym. Szukajmy więc korelacji prawdziwych i na nie zwracajmy uwagę, tak aby nie narażać własnego portfela na zbyt duże ryzyko.
Przechodząc do przykładów to najczęściej wykresy akcji KGHM oraz cen miedzi w dłuższym okresie często będą chodzić dość podobnie, ponieważ korelacja obydwu aktywów jest dość wysoka. W większości wypadków nie ma więc większego sensu do naszego portfela ładować tych dwóch instrumentów - jeden najprawdopodobniej wystarczy.
Przykład drugi to cena spółki Kęty oraz aluminium. W tym wypadku dodatnia korelacja się pojawia, ale nie zawsze. Kęty w ostatnich latach próbują się coraz bardziej dywersyfikować (segment opakowań giętkich czy systemy osłon przeciwsłonecznych) i jej uzależnienie od cen aluminium nie jest już takie wprost oczywiste jak wcześniej. To też ważna sprawa, zazwyczaj nie jest tak, że dana korelacja cały czas trwa i jest zawsze taka sama.
Przykład numer 3 to przykład odwrotnej korelacji, która jest większości doświadczonych inwestorów dobrze znana. Jeśli WIG20 idzie do góry to często kurs USD/PLN idzie w dół, czyli złoty się umacnia. A tak naprawdę to powinienem napisać, że jeśli kurs USD/PLN idzie w dół to jest szansa, że WIG20 pójdzie do góry. Napływ kapitału zagranicznego na giełdę powoduje umocnienie polskiego złotego i wzrost notowań największych spółek. I odwrotnie często szczyty notowań kursu USD/PLN to dołki na WIG20. Gdy globalne nastroje się psują, to często obserwujemy ucieczkę do bezpiecznych aktywów. W efekcie mamy jednoczesne osłabienie PLN w stosunku do USD i spadki na WIG20. Proszę pamiętać, że rzadko kiedy współczynnik korelacji będzie idealny (1, czy w tym wypadku -1). Ale już wskaźnik na poziomie minus 0,5 pokazuje, że takowa korelacja istnieje i jest całkiem silna. Proszę jednak zwrócić uwagę, że kurs EUR/PLN z WIG20 już w ten sposób się nie zachowuje. Oczywiście czynników wpływających zarówno na kurs walutowy jak i indeksy giełdowe jest całe mnóstwo i przesadą by było twierdzić, że taka korelacja będzie naszą strategią inwestycyjną, ale w momentach ekstremalnych (np. bardzo istotne osłabienie czy umocnienie złotego trwające kilka czy kilkanaście miesięcy) warto o tej korelacji pamiętać.
Jeszcze jedna uwaga. Jeśli chcemy inwestować np. w spółki gamingowe (wstaw tutaj dowolny inny sektor) to ok, ale róbmy to świadomie. A dokładanie do portfela kolejnej firmy z tej branż, bo ją lubię to nie musi być najlepszy pomysł. Po prostu, jeśli sektor straci pozytywne sentyment na giełdzie to będzie zdziwienie, że portfel performuje słabo. Podobnie trudno uznać za dywersyfikację zakup akcji np. 6 polskich banków. Oczywiście jeśli ktoś ma świadomość i inwestuje tylko w dany, konkretny sektor (np. z powodu głębokiej znajomości branży) to też będzie dobre, tylko trzeba mieć świadomość ryzyka, o którym piszę. Nie należy też przesadzić w drugą stronę i dobierać instrumentów skorelowanych ujemnie, bo wtedy portfolio będzie stało w miejscu, ponieważ ruch jednej klasy aktywów w górę spowoduje ruch innej klasy w dół.
Podsumowując wpis o dywersyfikacji pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie jest ona z pewnością żadnym św. Graalem. Jest to po prostu kolejne narzędzie, a nie cel sam w sobie. Nie zastąpi ona rozsądnej strategii inwestycyjnej, dobrej analizy, dyscypliny traderskiej czy wiedzy. Zazwyczaj dywersyfikacja zmniejszy nam zmienność portfela i pozwoli na lepszy sen, ale zbyt szeroka spowoduje, że nasz portfel będzie się zachowywał podobnie jak indeks, a koszty jego utrzymania i czas poświęcony na pilnowanie zapewne będą znaczne. Na koniec prosta rada życiowa – jeśli budzisz się w nocy i zastanawiasz się jak tam Twoje konkretne transakcja to znaczy, że po prostu dana pozycja jest zbyt duża w stosunku do twojego portfela oraz profilu ryzyka. Zmniejsza ją – sen i zdrowie ważniejsze są od pieniędzy. W końcu chodzi o to, aby powyżej pokazany akcyjny statek relatywnie spokojnie przeprowadzić przez inwestycyjne morze (czasami spokojne, czasami wzburzone) osiągając satysfakcjonujące nas zyski. Czego Wam i sobie serdecznie życzę.







Problem z zamykaniem pozycji polega moim zdaniem na strachu zamykaniu pozycji. I wiem że to trochę takie masło maślane ale im więcej czasu jestem na giełdzie tym więcej rozumiem że prowadzenie dziennika inwestycyjnego jest ważne dla inwestora indywidualnego. Kiedyś gdy otwierałem pozycje nigdy nie miałem zapisane pod co gram i jaki mam pomysł na spółkę z czasem to się zmienia i rozumiesz no masz jakiś scenariusz pod co kupujesz czy grasz pod premierę gry czy jakąś budowę czy inne zlecenie. I tego nikt ciebie nie nauczy w swoje strategii musisz mieć założone kiedy tniesz pozycję czy w ogólnym założeniu czy danej pozycji ja np. Zamykam jeśli spółka spadnie poniżej 30% wartości wejścia i to robię konsekwentnie co by się nie działo i im szybciej to wyrobisz tym lepiej dla Ciebie i twojej przygody giełdowej :)
Moim zdaniem, dywersyfikacja jest kluczowa szczególnie na początku inwestycyjnej drogi. Nie da się od razu nauczyć analizy technicznej, efektywnie czytać raporty, śledzić nowinki, artykuły, fora itp. i kupować tylko te, które znamy jak własną kieszeń. Z czasem, z błędami, sukcesami i naukami potrafimy lepiej podejmować decyzje, widzieć formacje na wykresach, wiedzieć, co to strata, zysk. Zgłębiamy wskaźniki, co oznaczają, wchodzimy w raporty itd. z perspektywy paru lat na giełdzie i posiadanej wiedzy i jeszcze większego ogromu braku wiedzy, której jestem świadomy ;) pewnie nie zacząłbym do dziś, ucząc się tylko teoretycznie tego wszystkiego i czekając aż po pierwsze nauczę się spółki czytając jej raporty, ze zrozumieniem a następnie jeszcze technicznie czekać na dobry moment wejścia nie mówiąc o odporności na wzrost by nie zamknąć pozycji za szybko.